Przypadki inżyniera ludzkich dusz (do korekty).rtf

(1836 KB) Pobierz

Josef Škvorecky

 

Przypadki inżyniera ludzkich dusz

Entertainment ze starymi tematami życia, kobiet, losu, marzeń, klasy robotniczej,

tajniaków, miłości i śmierci

Z języka czeskiego przełożył

Andrzej S. Jagodziński

POGRANICZE

 

SEJNY 2008Mojej Wydawczyni

Autor pragnie podziękować rządowi Kanady za grant, który umożliwił mu napisanie tej powieści.Przyszedłszy w dni smutne, oddałem się radości, Oddawszy się radości, stałem się rzewny.

Viktor Dyk

Generalizować znaczy być Idiotą. Partykularyzacja jest jedynym znakiem Wartości. Wiedza ogólna to wiedza Idiotów.

William Blake

...o ludzie żyjący w ciemności, opadłym liściom podobni,

bezsilni, słabi, ulepieni z gliny, jak cienie mgliste żyjący,

bezskrzydli, śmiertelni, żyjący przez dzień, wy, senne

mary ulotne... Arystofanes

przeł. Janina Ławińska-Tyszkowska

Prawda tkwi w niuansach. Anatol France

To co najbardziej kochasz -pozostanie, reszta to śmieci

To co najbardziej kochasz, nie będzie ci wydarte

To co najbardziej kochasz, to twoje prawdziwe dziedzictwo

Ezra Pound

przeł. Andrzej Szuba

Proszę posłuchać, Tar. Prawdziwy problem polega na tym: w każdych okolicznościach będę pana bronił przed lufami plutonu egzekucyjnego. A pan będzie musiał się zgodzić,

by mnie rozstrzelano. Albert Camus

przeł. Jan CywińskiRozdział I

Poe

The skies they were ashen and sober;

The leaves they were crisped and sere -

The leaves they were withering and sere;

It was... in lonesome October...

Ulalume

Cały szereg myśli i uczuć,

a wszystkie są organicznie związane ze śmieszną melodyjką walca.

Aldous Huxley przeł. Maria Godlewska

Drogi Daniel,

W pierwszych słowach mojego listu pszyjmij serdeczne pozdrowienia często o tobie myślę. Jestem w sanatorium Karlsbad jusz tydzień i czuje sie dobrze. Jestem w sanato­rium dzięki akci Rajnarda Haj dry cha. To jest akcja dla robot-nikuw, gdzie wcześni jeździli tylko bogaci to teraz tesz mo-gom robotnicy. Jedzenie mamy 4 x dziennie śniadanie — chleb ze sztucznym miodem albo marmeladom obiat gdzie jest mię­so 3 x na tydzień, podwieczorek herbata i bółki i kolacja tesz tak opfita jak w poudnie. To jest akcja Protektora Rzeszy Raj­narda Hajdrycha dla robotnikóf. Dawni takich akcj dla robot-nikuw nie było. Mnie wybrał pan betrypslajtr Schilink bo mu powiedział pan Doktor Selich że mam cienie na płucach więc rzebym nie dostał gruźlicy to mnie dali do akci Rajnarda Haj­drycha dla robotrników. Czuje sie dobrze. Jeszcze wcionsz ro­bisz na meserszmitach? Ja jusz sie z akcj Rajnerda Hajdrycha do fabryki nie wruce bo sie zgłosiłem dobro wolnie do Rzeszy bo tam potrzebujom piekarzy i wiency płacom jak sie pracujena noc. Napisze ci znowu z Rzeszy, trzymaj sie szkoda że cie nie mogom wysłać tesz do akej Rajnarda Haj dry cha bo to jest akcja dla robotnikuw ale może by cie tesz wysłali jak teras robisz we fabryce. Jest tu bardzo ładnie. Na koniec mojego listu pszyjmij serdeczne pozdrowienia tu jusz mi nie pisz bo za 6 dni odjerzdżamy do Rzeszy stamtont ci pośle adres to mi tam napisz. Na koniec mojego listu pszyjmij serdeczne pozdrowienia często o tobie myślę. Tfuj przyjaciel Lojza

* * *

Za oknem, które jest wąskie i wysokie - szklana goty­cka kiszka - zimny kanadyjski wiatr miesza dwie biele: rozdrobniony śnieg, który jak proszek sypie się z ciem­nych chmur, i śnieżny pył, który wiatr unosi z równi­ny ciągnącej się od Mississaugi na południe, w stronę jeziora Ontario. Drobny śnieg wiruje na białej pusty­ni, gdzie nie ma nic prócz paru nagich, sczerniałych drzewek. Uczelnia stoi w dzikim polu. Przewiduje się, że za kilka lat miasto Mississauga rozrośnie się na tyle, że budynek zyska bardziej urozmaicone sąsiedztwo. Na razie stoi na odludziu, o dwie i pół mili od najbliż­szego developmentu domków jednorodzinnych. Te już nie są wszystkie jednakowe - od czasów George'a F. Babbitta czegoś się tu nauczono. Może wzięli to z literatury. Są tam przynajmniej cztery typy fami-lyhausów, przeplatające się w nieregularnych odstę­pach, więc development wygląda jak szwajcarska wio­ska, naszkicowana przez jakiegoś bardzo stylizującego artystę. To przyjemny widok.

Ale ja go nie dostrzegam; najwyżej wewnętrznym wzrokiem, podczas gdy w głowie kłębią mi się różne myśli. W rzeczywistości widzę białe, zimne, wietrz­ne kanadyjskie pustkowie. Oczami wyobraźni widzę zresztą często wiele pięknych rzeczy, które oglądałem

10na własne oczy w tym kraju miast bez przeszłości. Choćby skajlajn toronckich drapaczy chmur, czar­nych, białych i pokrytych złotymi lustrami. Czoła mają wbite w mgliste obłoki, świecą jak złote szachownice w wieczornej poświacie prerii, a za nimi zachodzi słoń­ce, wielkie jak Jowisz i krwawe jak anilinowy rubin -a wszystko to na tle zielonego nieba o zmierzchu. Bóg wie, dlaczego jest zielone. Pewnie dlatego, że to Ka­nada. Porównuję tę panoramę z Račanami i wydaje mi się piękniejsza, ale obiektywnie biorąc, jest pew­nie taka sama. Ziemia jest piękna wszędzie. Piękniej­sza tam, gdzie człowiekowi jest dobrze, a dobrze jest tam, gdzie już niczego nie odkłada na przyszłość, bo nie musi, a do tego niewiele mu tej przyszłości pozostaje. Gdzie wyzbył się strachu, bo nie ma się czego bać, ani w sensie ogólnym - działa tu co prawda również Par­tia, ale ta na razie nie ma władzy - ani osobiście: nie ma tu czeskiej krytyki literackiej i nie tworzy się ran­kingów pisarzy według ich wielkości. Moje powieści, które tu wydaje firemka pani Santnerovej, są tylko czy­tane, a prawie nierecenzowane, bo nie ma kto ich re­cenzować. Tych dwóch czy trzech wdzięcznych amato­rów, którzy piszą o nich do prasy emigracyjnej, wciśnię­ci między reklamy balów maskowych i Tuzeksu*, zna się najwyżej na czytaniu, ale nie na literaturze. W Sa­skatchewan mieszka co prawda pan profesor Koupel­na, któremu handlowy dom wysyłkowy Passer z Chi­cago czasem do paczki z domowym dżemem i praską szynką jako bonus doda książkę. Książka budzi w pro­fesorze dziki instynkt, o którym sądzi, że jest to duch krytyczny. Wysyła potem atak do kwartalnika Towarzy­stwa Sztuk i Nauk, lecz na szczęście atakuje z wyżyn tak znakomitego wykształcenia, że zniechęca to więk-

* Odpowiednik polskiego Peweksu. (Wszystkie przypisy tłumacza).

11szość członków Towarzystwa. A ponieważ to wykształ­cenie ma jednak zbyt wiele białych plam, więc na tych, których nie zniechęci, atak też nie robi wrażenia.

Jest mi dobrze. Jest mi na tym pustkowiu cholernie, niebezpiecznie dobrze.

Sharon McCaffrey, prześlicznie ruda i niezwykle pie­gowata Irlandka z Burnham Lake Settlement, recytuje za moimi plecami referat o Pymie. Chce go mieć jak naj­szybciej z głowy, ja zaś pragnę, żeby mówiła jak najdłu­żej, bo wtedy ja nie będę musiał mówić długo. Oczywi­ście poznaję, skąd to przepisała. Zachowuje jednak mi­nimalny poziom akademicki: nie przepisała z broszurek Coles a, tylko z całkiem solidnej książki profesora Quin-na i w dodatku zrobiła to pieczołowicie, niczego nie opuszczając. Akurat, choć jej o to nie prosiłem (ale jest to u Quinna), porównuje Pyma z Białym wielorybem.

- Pierwsze zdania są praktycznie identyczne: „Nazy­wam się Artur Gordon Pym" i „Mówcie na mnie Ish-mael". Obydwaj mówią o mieście Nantucket. Niektóre postaci w obu powieściach starają się odkryć ukryte znaczenia: Pym i Peters znaczenie hieroglifów wyry­tych w skałach na wyspie Ts... - Oczywiście, potknęła się na słowie zaczynającym się, jak w językach słowiań­skich, zbitką spółgłosek. - ...Tsalal. Załoga Pequoda zna­czenie złotego dublonu, który Ahab przybił do masz­tu. Pym i Augustus na początku opowieści niemal zgi­nął na morzu - Ishmael odwiedza kaplicę wielorybni-czą i studiuje płyty pamiątkowe marynarzy zaginio­nych na morzu...

Patrzę na białe wiry za oknem i - przyjemnie w cie­ple - wiem, jak są nieludzko lodowate. Słychać lekkie wycie wichru, a w moim wewnętrznym uchu brzmią rosyjskie wiersze, które wczoraj czytałem dzieciom pre­rii. Poe, obawiam się, może ich nudzić, w telewizji poka­zują straszniejsze horrory, dlatego jak mogę, staram się

12go urozmaicić. Po to przeczytałem im rosyjskie wiersze. I dlatego że znów uległem głupiemu, choć chyba nieda-jącemu się zabić, pragnieniu, żeby wytłumaczyć niewy­tłumaczalne. Irena Svensson, dziewczyna o pięknej, peł­nej pogardy twarzy (to samoobrona), wstała i oświad­czyła, że Kruk to bezwartościowy, sentymentalny kicz. Zrobiła to z zemsty: dostrzegła, że załamuje mi się głos (nic na to nie poradzę, jestem sentymentalny) zawsze, kiedy czytam wiersze... if, within the distant Aidenn, I It shall clasp a sainted maiden whom the angels call... więc są­dziła, że sprytnie i wobec wszystkich zemści się na mnie za to, że w poprzednim semestrze, w ciszy swojego ga­binetu, niemal przez dwie i pół godziny sadystycznie ją dręczyłem. Nałożyłem wtedy profesorską maskę i jak zupak zadałem jej pytanie, na które nie było odpowie­dzi: - Jak to możliwe? Dlaczego pani to zrobiła? - ale oczywiście dziekanowi nie zgłosiłem jej plagiatu. Pod koniec okrutnych dwóch godzin łaskawie pozwoliłem jej napisać nową pracę, ale do rana następnego dnia, więc załatwiłem jej przyjemny wieczór. Żadnej dziew­czyny, która ma na imię Irena, nie potrafiłbym napraw­dę skrzywdzić. To bariera jeszcze z dawnych lat. Irena Svensson napisała w nocy pracę i myślała, że mnie prze­robiła. Miała jednak pecha. Za pierwszym razem nie do­ceniła mojej profesorskiej wiedzy, a za drugim nie wzię­ła pod uwagę czeskiej zasady pechowych przypadków. Kupiła pracę od Term Papers Inc., a ci oszuści odpalili jej referat, który dwa lata wcześniej sprzedali ślicznej Chin­ce Joan Pak Wong, gdy ich wtedy odwiedziła, pośrednio za moją radą; musiałem od tej dziewczyny z Trynidadu mieć choć jedną pracę bez błędów w co drugim słowie i bez orientalnych ornamentów w rodzaju „Ta powieść jest powieścią. Jest to wielkie dzieło, bo ma formę książ­ki". W przeciwnym razie nie mógłbym jej z czystym sumieniem przepuścić. Choć właściwie nie wiem, dla-

13czego miałem niespokojne sumienie. To raczej też był sadyzm, bo przecież po profesorach już nikt nie czeku-je prac. Zresztą gdyby czekowali, to mielibyśmy oboje problem - Joan Pak Wong i ja - bo zakupione dzieło tak dalece przewyższało poprzednie bzdury że różnice można by wytłumaczyć chyba tylko lobotomią. Krótko mówiąc: anonimowy pisarz z Term Papers Inc. odpalił jej pracę już raz sprzedaną. I oto panienka z West Indies, Irena Svensson, siedziała w moim gabinecie po raz dru­gi, ja po raz drugi, z maską profesora na twarzy, dręczy­łem ją tym razem przez trzy godziny, aż wreszcie zala­na łzami się przyznała. Była to rozkosz widzieć pełne wzgardy oblicze z wydętymi dumą ustami pewnej sie­bie młodej damy, które nagle przybrało rozczulający wy­raz niepewnej dziewczynki z Oshawa, Ontario. Aż sam siebie pytałem w duchu: - Gdzie się podział jej kobie­cy instynkt? Czy ta pachnąca dezodorantem i lawendą szwedzka dziewczyna nie widzi, że ja przecież nigdy w życiu nie doniosę na nią do dziekana?

Jednak to nie jej brakowało instynktu, tylko mnie do­świadczenia. Nie mogła przecież wiedzieć, nawet jeśli miała na imię Irena, że życie uodporniło mnie na jakie­kolwiek zgłaszanie czyichkolwiek przewinień jakimkol­wiek autorytetom. Ta bariera we mnie jest nieprzepusz­czalna jak żelazna kurtyna. Zbyt długo żyłem w kraju, w którym nawet najczystsza prawda, gdy zostanie zgło­szona, zmienia się natychmiast w kłamstwo dzięki mało znanym na Zachodzie prawom marks-leninizmu.

Poleciłem więc wtedy Irenie Svensson, żeby wzięła pióro i papier. Wyjęła srebrnego parkera i swój absur­dalny kanadyjski blok w linie, żeby przez następne dwie godziny na moich oczach płodzić pracę na temat Funkcja kolorów w „Szkarłatnej literze" Hawthorne'a. Po­ciła się jak na siłowni, tak że lawenda z trudem niwelo­wała zapach jej potu, nerwowo gryzła parkera, aż atra-

14ment zabrudził jej usta i przez następne dwa tygodnie chodziła na zajęcia z wargami jak u martwej Ligei.

Ja wtedy wpadłem na szalony pomysł, by z kwa­dratu zrobić koło, i idiotycznie próbowałem wykazać irracjonalnej Irence oraz miłym dzieciom prerii z eden-valeskiego kampusu, że - jak mówi Hemingway - jeśli coś jest dobrze napisane, to może mieć wiele znaczeń. Dlatego na swój wykład przyniosłem rosyjską adapta­cję Kruka dokonaną przez Jesienina-Wolpina.

Szalejąca za oknem biała wichura teraz nawet delikat­nie zadzwoniła o szybę, idealnie osadzoną w chromo­wanej ramie, a ja usłyszałem Poego, usłyszałem go swo­im wewnętrznym słuchem, po rosyjsku:

Kak-to noczju, w czas tierrora, ja czitał wpierwyje Mora -

Twarde rosyjskie „r" zadudniło w na wpół ospałej sali wykładowej - było to też zimą, za oknem wichu­ra, na tydzień przed feriami bożonarodzeniowymi. -Tanie, mechaniczne rymy wewnętrzne - mówiła Irena, a pełne wzgardy usta wykrzywiły się w nienawiści. -Nie na darmo już współczesna mu krytyka nazywała go jingle man. - Było widać, że dobrze się przygotowała do zemsty, studiując źródła. - W istocie jego monoton­na poezja była tylko słabym echem romantycznej poezji angielskiej i niewiele może wnieść do współczesnej sen... - zająknęła się - ...sensybilności. - Efekt diabli wzięli. Grupa tego co prawda nie zauważyła, ale skompromito­wała się przede mną i poczerwieniała ze wściekłości.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin