Norman Manea - Kryjówka.docx

(479 KB) Pobierz
Kryjówka

CZĘŚĆ I

 

YYY

Jeszcze jeden poranek, dopiero co rozpoczęty. Uniesione ramię, długie i silne, puszcza w ruch magicznym gestem codzienną karuzelę. Żółte pudło przystaje nad kratką ściekową.

– Na dworzec Penn Station.

Zdjęcie kierowcy taksówki z nazwiskiem: Lew Boltanski.

– Jest pan z Rosji?

– Byłem.

Głos zachrypnięty, szeroka twarz z małymi oczkami.

– Skąd dokładnie?

– Z Odessy.

– To chyba na Ukrainie.

– W Związku Radzieckim! Ja i Odessa jesteśmy ze Związku Radzieckiego. Mało kto odróżnia Rosję od Ukrainy. A ty nie jesteś Amerykaninem.

– Teraz już jestem, tak jak ty.

Właściwie to nie jest początek dnia. Wcześniej jeszcze był nieznajomy, który w drobnej białej dłoni trzymał nieskazitelnie biały kartonik ze złotymi literami.

– Zastanawiam się, czy zgodziłby się pan wystąpić w reklamie telewizyjnej. Dobrze płatnej.

Jeszcze wcześniej był drobnej postury doktor Koch. A przed nim była myśl o Lu: że nie uda mu się z nią spotkać.

Teraźniejszość! Teraźniejszość, mruczy do siebie. Dewiza twojego nowego życia: TERAŹNIEJSZOŚĆ. I tylko TERAŹNIEJSZOŚĆ! Wcześniej istniała winna wszystkiemu przeszłość i świetlana, choć odłożona na później przyszłość. A teraz… Stoi zdumiony przed nieznajomym, który podaje mu białą, drobną dłoń.

– Proszę się nie obawiać, chcę tylko o coś zapytać.

Słowa wymówione cicho, ale dobitnie, padły niespodziewanie.

Intruz jest około czterdziestoletnim mężczyzną w długim palcie z beżowej wełny. Nie nosi marynarki, ale jego koszula jest olśniewająco biała. Ma krótko przystrzyżone czarne włosy i bystro patrzące oczy w takim samym kolorze, a jego ruchy przypominają swoją sprężystością baletmistrza albo kuglarza. Wyjmuje z tylnej kieszeni dżinsów małe etui z czarnej skóry, otwiera magnetyczny zatrzask, sięga po wizytówkę. Podaje lśniąco biały kartonik ze złotymi literami: kod tego spotkania.

Zagadnięty nie reaguje, patrzy jak zahipnotyzowany na kowbojskie buty natręta. Elegant nosi bowiem kowbojskie buty, których cholewki wciśnięte są w wąskie nogawki drogich dżinsów.

– Jestem producentem. Nazywam się Curtis, James Curtis.

Na wizytówce można przeczytać to samo: James Curtis, producent.

– Zastanawiam się, czy nie chciałby pan wystąpić w reklamie telewizyjnej. Dobrze płatnej.

– Ja w reklamie? Jakiej reklamie?

– Coca-coli.

– Ja w reklamie coca-coli?

– Jako szachista.

– Szachy i coca-cola?

– Coś w tym stylu. Szachista pochylony w skupieniu nad figurami. W pewnej chwili sięga ręką po stojącą na stole szklankę coca-coli.

– Aha – uśmiecha się potencjalny szachista. – Żałuję, ale nie nadaję się do tego.

– Dobrze płatne, już panu mówiłem. Reklamę emitują wielokrotnie, pieniądze wpływają na konto automatycznie. W najmniej spodziewanym momencie.

– Nie, nie robię czegoś takiego.

– Proszę się jeszcze zastanowić. Ma pan moją wizytówkę, proszę zadzwonić. Jeśli zmieni pan zdanie, proszę zadzwonić.

– Dziękuję. Mówiłem już panu, że ja…

Never say never, tak tutaj mówimy. Pan nie jest Amerykaninem, prawda?

– Dlaczego nie? Amerykanie nie grają w szachy? Coca-colę piją w każdym razie, i pepsi. Ja nie pijam, ale w szachy grałem w młodości.

– Widzi pan? Wiedziałem. Ma pan odpowiednią twarz. Proszę się jeszcze zastanowić. Ma pan mój numer telefonu, proszę zadzwonić. Jak się pan nazywa?

– Peter.

– Peter, a dalej?

– Po prostu Peter.

– OK, Peter, zapamiętam. Proszę zadzwonić.

„Odpowiednia twarz!”, mamrocze przechodzień Peter, zostając sam na rogu Broadwayu i Sześćdziesiątej Trzeciej.

Tak sądzi producent, jeśli to w ogóle jest producent. Miły dzień, nieprawdaż, doktorze Koch? James Curtis, producent reklam, zaserwował mi reklamę dnia, doktorze! Obejrzałem siebie w lustrze Curtisa.

Jeden krok w lewo, jeszcze jeden. Jest już na jezdni, podnosi rękę. Taxi! Żółte pudło hamuje w pobliżu kratki ściekowej.

– Na dworzec Penn Station.

Nad kierownicą taksówki zdjęcie z nazwiskiem: Lew Boltanski.

– Jest pan z Rosji?

– Byłem.

Rosyjski akcent i zachrypły głos nałogowego palacza. Szeroka łagodna twarz z małymi oczami pod pobrużdżonym czołem, imponujące zęby.

– Skąd?

– Z Odessy. Mało kto odróżnia Rosję od Ukrainy. Nie jesteś Amerykaninem.

– Teraz już tak, podobnie jak ty… Podoba ci się tutaj, na tej odległej planecie? W tej stolicy przybłędów i lunatyków. Podoba się, co? Prawdziwe cudeńko! Jeden z siedmiuset siedemdziesięciu siedmiu cudów świata.

Lowa milczy, ale zdaje się uważnie słuchać.

– Wyspa Manhattan kupiona za nic w 1626 roku przez Francuza nazwiskiem Minuit. Za dwadzieścia cztery dolary wypłacone Indianom w szklanych paciorkach! Rosły tu poziomki i dzikie winogrona, kukurydza i tytoń. A dookoła wilki, niedźwiedzie i grzechotniki.

Lew albo Lowa wciąż milczy, ale słucha. O nic nie pyta gadatliwego pasażera. Prowadzi auto rozluźniony, nie śpiesząc się, w niczym nie przypomina nerwowych taksówkarzy nowojorskich. Na Trzydziestej Czwartej Ulicy zatrzymuje się na wprost dworca, wyłącza silnik i blokuje licznik.

– Ile?

– Osiem dolarów.

Pasażer przetrząsa kieszenie spodni, najpierw jedną, potem drugą. Potem kieszenie marynarki, razem sześć. Bąka coś pod nosem.

– Dwa dolary, tylko tyle mam.

– To znaczy jak? Co chcesz przez to powiedzieć?

W lusterku nad przednim siedzeniem można się przejrzeć. No proszę, mamy lusterko, doktorze. Los zesłał mi lusterko, doktorze.

– Mówiłeś coś? – pyta ukraińsko-sowiecki Rosjanin.

– Nic nie mówiłem, tylko nie mam pieniędzy. Jedynie dwa dolary. Jedźmy do banku. Przepraszam, nie zauważyłem. Za kurs do banku też zapłacę. Dwudziesta Ósma Ulica, zaraz za rogiem, blisko, parę minut.

Lowa bacznie przygląda się w lusterku siedzącemu z tyłu pasażerowi, mruczy coś do siebie po ukraińsku czy rosyjsku. Taksówka rusza z miejsca w kierunku Dwudziestej Ósmej, do banku, który jest tuż za rogiem. Pasażer milczy. Lowa odwraca głowę do tyłu, by lepiej przyjrzeć się wariatowi. Lusterko mu nie wystarcza, chce zobaczyć z bliska twarz oszusta.

– Co jest, czemu nie wysiadasz?

– Wszystko poplątałem. Straszny ze mnie bałaganiarz. Kartę kredytową miałem w portfelu, a portfela zapomniałem. No i nie mam portfela, dopiero teraz sobie to uświadomiłem. Zostawiłem go w bibliotece, w kawiarni bibliotecznej. A może u doktora. Byłem u doktora.

– Zgubiłeś portfel z kartą kredytową, chcesz powiedzieć?

– Nie zgubiłem, zapomniałem. U doktora albo w bibliotece.

– To co, jedziemy tam? Zapłacisz i za ten kurs z pieniędzy, których nie masz, chcesz powiedzieć? Jedziemy do biblioteki czy do doktora?

Pasażer milczy.

– To był psychiatra? Zresztą, jakie to ma znaczenie? Tutaj nie pytają, na co chorujesz, tylko czy jesteś ubezpieczony. Tak właśnie pytają: czy jest pan ubezpieczony? A nie: co panu dolega? Psychiatra?

– To nie był psychiatra. I nie wiem, czy to u niego zostawiłem portfel, może w bibliotece. Wracajmy na dworzec, spóźnię się na pociąg.

– Pociąg pewnie jest darmowy.

– Mam bilet, kupiłem w obie strony.

– Czyli wracamy na dworzec. Za darmo? Nie, zapomniałem, że przecież masz dwa dolary. Dasz mi te dwa dolary i sobie pojadę. A reszta w szklanych paciorkach, prawda?

– Przepraszam, naprawdę przepraszam. Zobacz, mam nową kartę do metra, nowiuteńka, za dwadzieścia dolarów. Proszę, dzisiaj kupiona.

– Kupiłeś dzisiaj, mówisz? Przed wizytą u doktora czy przed pójściem do biblioteki?

– Kupiłem na dworcu.

I co niby mam zrobić z tą kartą? Nie jeżdżę metrem.

– Może ktoś z rodziny?

– A to dobre, martwisz się o utrzymanie mojej rodziny! A może karta jest zużyta, a może zostały na niej dwa dolary? To już lepiej wziąć dwa dolary w gotówce, prawda? Tak sobie kombinujesz.

– Nic nie kombinuję, chcę cię tylko przeprosić. Jest mi wstyd, uwierz mi. Takie sytuacje się zdarzają, każdemu mogą się przydarzyć.

– A kiedy już się zdarzają, to co robimy?

– W pobliżu jest stacja metra, niedaleko banku. Sprawdzimy kartę. Jest nowa, sam zobaczysz, nieużywana, dwadzieścia dolarów. Sprawdzenie potrwa minutę.

– Kto niby ma to sprawdzić?

– No, ja… Albo lepiej sam sprawdź, a ja zostanę w samochodzie i poczekam.

– Pewnie, nie mam nic lepszego do roboty! Ja pójdę sprawdzać, a wtedy ty zwiejesz.

W tym miejscu słychać wysyczane krótkie zdanie po rosyjsku albo ukraińsku.

– Weź ze sobą moją torbę. Bez niej się na pewno nie ruszę, są w niej ważne rzeczy. Proszę, trzymaj, a ja zostanę i zaczekam.

Pasażer z tylnego siedzenia podaje torbę. Lowa sięga po nią, stękając z wysiłku.

– Co masz w tej torbie, kawał granitu czy rtęć? Rtęć jest cięższa, co?

– Książki, drobiazgi. Rzeczy osobiste.

Lowa rusza na stację metra z moją torbą w ręce. Idzie kaczym krokiem brzuchatego mężczyzny. Wraca przechylony w lewą stronę pod ciężarem torby.

– Jest niewykorzystana, dwadzieścia dolarów. Biorę.

Chce wsiąść do taksówki, ale drzwi przytrzymuje czarniawy Włoch ubrany od stóp do głów w czarną skórę. Płaszcz, spodnie, kapelusz, wszystko z czarnej skóry.

– Muszę dotrzeć do Wescester, byle szybko. Śpieszę się, płacę sto dolarów.

– Wescester! Nie da rady, mam kłopot z tym narwańcem, który nie ma pieniędzy, żeby zapłacić.

– Ile?

– Osiem dolarów, a właściwie już dwanaście.

– Dam ci te osiem dolarów albo dwanaście, ile chcesz. Dam ci dwadzieścia. Dam sto dwadzieścia za kurs do Wescester. Jedziemy, szybko.

Lowa patrzy na mafiosa, robi krok w kierunku auta i podnosi ręce ku niebu. Razem z torbą, jak rasowy ciężarowiec.

– Nie jadę do żadnego Wescester! Wiozę pasażera na dworzec. Na dworzec, jasne? Inaczej spóźni się na pociąg.

– Na dworzec? Niech idzie piechotą, to blisko. Dam ci sto dwadzieścia dolarów!

– Powiedziałem, nie jadę!

– Jesteś durniem! Rozumiesz, durniem! – wrzeszczy mafioso.

Lowa nie sprawia wrażenia obrażonego, kiwa głową potakująco, tak, jestem durniem. Oddaje torbę właścicielowi i trzasnąwszy drzwiami, siada za kierownicą, cały czas wypluwając z siebie rosyjskie, a może ukraińskie słowa. Nie włącza silnika, chyba chce się uspokoić. Trochę bezradnie zerka w lusterko na pasażera.

– Po co pan był u doktora? Jest pan chory?

Brak odpowiedzi.

– To coś poważnego?

– Nic mi nie dolega.

– To po co poszedłeś pan do doktora? Badania okresowe, jak mówią Amerykanie? Ale pan nie jesteś Amerykaninem. Więc o jaką chorobę chodzi?

– Nie jestem chory, już mówiłem.

– Tutaj jesteśmy numerkami, i tyle. Ubezpieczenie, konto, kredyt. Numerki. Czego szukałeś u doktora? Żona choruje? The significant other, jak tutaj mówią. Żona, przyjaciółka, partnerka. Significant other. Coś jej dolega?

– Nie, pracuje u tego lekarza. Od czasu do czasu chodzę tam, by ją zobaczyć. Kiedy dowiaduje się, że mam przyjść, znika. Dzisiaj też wiedziała, że się pojawię, jestem pewien, dlatego jej nie było.

– Jesteście po rozwodzie? To znaczy, rozstaliście się… Chcesz powiedzieć, że chodzisz tara, by ją zobaczyć, chociaż ona nie ma ochoty cię oglądać?

– Nie jesteśmy po rozwodzie.

– OK, jedziemy na dworzec.

Lowa zapala silnik, taksówka rusza. Jest i dworzec, pasażer wysiada, zabierając ze sobą torbę.

– Czekaj pan! Zabieraj pan tę swoją kartę.

– Jak to? Przecież umówiliśmy się.

– Zabieraj się pan stąd, ale już! – wrzeszczy Lowa, klnąc po rosyjsku albo ukraińsku.

Mrowie ludzi, wrzawa, kotłowanina. Podróżny trafia po jakimś czasie na tablicę z rozkładem jazdy pociągów. Potem jest peron dziewiąty, a później już wagon.

CZAS TERAŹNIEJSZY, ot i wszystko. Nie jest źle, nie jest źle, wybijają rytm koła pociągu, który powoli zostawia za sobą wielkie miasto.

Nie jest źle, może być gorzej, rozmyśla znużony pasażer. Torba leży obok, na wolnym miejscu przy oknie. Siedzący ogląda nowiutką kartę na przejazd metrem, podarunek od Łowy. Porządny gość, ten Lowa. Porządny Rosjanin, właściwie Ukrainiec, czyli człowiek radziecki. Porządny, taka jest konkluzja tego dnia, doktorze. Lu nie było, może i lepiej. Muszę przywyknąć, ona chyba już przywykła. Chyba jednak nie, inaczej by tam była, byłoby jej obojętne. Unika przeszłości, a może raczej teraźniejszości, dlatego się nie pojawiła. Usiłuje oszczędzić mi widoku w starym lustrze, i w nowym też. Troszczy się o mnie, kochana istota.

Nie, to nie tak było, nie tak zaczął się dzień… Chyba jednak w gabinecie doktora Kocha ruszył zegar odmierzający upływ dnia bez powrotu.

– Proszę spojrzeć do lustra – polecił lekarz.

Pacjent patrzy na własne buty, wielkie i jakieś smętne. Przypominają mumie, prehistoryczne zwierzęta.

– Oglądał pan siebie ostatnio w lustrze? Mówiłem panu: ćwiczenia. Ćwiczenia, dieta i relaks! W dawnych czasach chodzący za pługiem wieśniak nie cierpiał na neurastenię. Ani ten, co przez cały dzień ścinał drzewa w lesie. Ciało jest naszym mieszkaniem, jeśli nie dbamy o nie, nasze życie marnieje. Oglądał pan siebie w lustrze?

Sztywny kark, ból w przedramieniu, dreszcze, zimny pot, panika.

– Proszę zrzucić parę kilogramów! Gimnastykować się, unikać stresu. Boli głowa? Proszę wziąć tabletkę. Stan rozbicia, apatia? Długie spacery. To żaden zawał! Jak będzie zawał, proszę wezwać pogotowie. Teraz to żaden zawał, tylko objawy neurastenii. Zaburzenia neurowegetatywne, już od dawna tak je określamy. Rozleniwiony żołądek, siedzący tryb życia.

Lekarz patrzy na pacjenta, ten patrzy zamyślony na własne buty.

– Wrzody? Być może. Ciśnienie 140/92, całkiem nieźle. Bóle w karku z powodu braku ruchu. Trzeba się ruszać, drogi panie! Obejrzał pan siebie w lustrze? Elektrokardiogram to pieniądze wyrzucone w błoto, to nie serce jest problemem. Ćwiczenia, dieta, świeże powietrze, to jest właściwa recepta! Styl życia. Oglądał pan siebie w lustrze? Wygląd słonia.

Pacjent wychodzi z gabinetu niepewnym krokiem. Siada na ławce w pobliskim parku.

Piątek po południu, pośpiech poprzedzający odpoczynek. Ludzie pracy gorączkowo wiosłujący ku brzegom tygodnia. Znów, nie wiadomo jak i kiedy, uleciało siedem dni i siedem nocy. Nad głową nijakie wiosenne niebo. Doktor, mały Koch – Awicenna, też tam jest! Spojrzyj w lustro, dobre sobie! Pacjent przegania chimerę. W parku trzech trefnisiów żongluje śmiesznymi marionetkami przy ogłuszającej muzyce, zręcznie poruszając smukłymi, czarnymi palcami. Przytupują, miotają się na wszystkie strony. Doktor jest wśród lalek. Parkowe alejki, a na nich spacerowicze wszystkich ras i w każdym możliwym wieku. Doktor wśród nich. Zamknięta przestrzeń wiruje jak w kalejdoskopie, w środku maleńki doktor Koch.

Po lewej stronie pociągu płynie leniwie rzeka. Nigdy nie zanurzysz się dwa razy w wodzie z praźródła.

To właśnie widzi podróżny z okna wagonu: wodę, która się nie starzeje, a nigdy nie jest ta sama. Podobnie jak powietrze, jak horyzont, falujący i ożywczy.

Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość, czas niezrównany, to jest ten horyzont? Płynąca ospale woda, starzejące się chwile, śmieci i ścieki. Woda podnosi się wolno ponad śpiącego pasażera. Konduktor potrząsa go lekko za ramię, pociąg tkwi nieruchomo na stacji.

Łapie szybko torbę i ubranie, wysiada w pośpiechu i staje oszołomiony na peronie. Przed nim szeroka, spokojna rzeka.

Uff, nareszcie dotarł. Peron jest pusty, w oddali widać góry, a rzeka płynie dwa kroki od niego. Pogodne, chłodne popołudnie, początek świata. Nie podejrzewa nawet, jak bliski jest koniec jego świata.

Czasomierz połyka sekundy przeznaczone na rozejm.

YYY

Peter wychynął znienacka, jak w jakimś śnie albo koszmarnym przywidzeniu.

– Peter. Gaspar. Mynheer. Przy telefonie Mynheer Peter Gaspar.

Głos z niebytu. Profesor Gora zapomniał na chwilę, gdzie się znajduje. Patrzył na ściany wyłożone książkami, milczał. Nie miał najmniejszej ochoty odpowiadać, zaskoczenie było formą agresji.

Peter! Mynheer Pieter Peeperkorn, słynna postać z książki czytanej wiele lat temu? Albo Peter Gaspar, któremu literacka kawiarnia, zarazem bałkańska i socjalistyczna, nadała przydomek Mynheer?

Nic już nie było pewne poza półkami na książki istniejącymi w jego oczach i głowie.

Jedyny tekst, jaki opublikował młody Gaspar w latach „zadekretowanej szczęśliwości”, jak miał zwyczaj określać raj, w którym przyszło mu żyć, nosił tytuł Mynheer. Historia przydomka, jaki przylgnął do niego, była dwuznaczna i dziwna, przypadek połączył się z literaturą.

Jakim sposobem Peter Gaspar mógł zdobyć numer telefonu profesora Augustyna Gory, który przepadł gdzieś w wielkiej Ameryce?

– Skąd dzwonisz? Jesteś tutaj, w Ameryce, w innym świecie?

Zjawa potwierdziła: tak, jest tu od dłuższego czasu na stypendium doktoranckim na New York University.

– Doktorat z architektury? Wydawało mi się, że nie zostałeś…

– To prawda, nie byłem architektem, tylko technikiem. Na trzecim roku, gdy znowu zaaresztowali ojca, wyrzucono mnie ze studiów. Trzy lata architektury były równoważne z ukończeniem technikum.

– A ten doktorat tutaj…

– W dziedzinie sztuki, panie profesorze, historii sztuki. W naszej letargicznej ojczyźnie istniało coś takiego jak kursy wieczorowe, nawet w tej dziedzinie. Nie wiedział pan o tym?

– O tym nie wiedziałem.

Właśnie że wiedział, profesor Gora wszystko wiedział, ale nie miał ochoty na dłuższą rozmowę.

Gaspar wcale nie zamierzał zostać ekspertem od niemieckiego ekspresjonizmu, jak to przewidywał program stypendialny. Po prostu chciał zostać w Nowym Świecie.

Teraz, kiedy w Europie Wschodniej odżyły nadzieje? Nie miał atutu młodego wieku, nie przyjechał z myślą o przyszłości swoich dzieci, bo ich nie miał. W takim razie po co? Był sam? Nie, Lu przyjechała z nim… Skończyła anglistykę, jak profesor Gora dobrze wiedział. W świecie, do którego dotarła, znajomość angielskiego czyniła jej przypadek banalnym. Tak, wprowadziła Petera w tajniki języka tubylców, ale bez nadzwyczajnych sukcesów, wciąż nie rozumiał nazw stacji metra podawanych przez głośniki. Na razie nie mieli prawa do pracy. Lakoniczne informacje padały w odpowiedzi na rzadkie, zadawane znudzonym głosem pytania profesora Gory.

– Miałem już tego dosyć. Nie jestem podróżnikiem i nie interesuje mnie turystyka, ale z tej klatki nie wyszedłem przez czterdzieści lat ani razu. Ani razu! Czterdzieści lat zadekretowanego szczęścia w jednym miejscu! Wreszcie wyszedłem. For good, jak tutaj mawiacie. Odczuwam absolutną i nieodpartą potrzebę nieodpowiedzialności. Przynajmniej teraz, przed złożeniem do grobu. Nie-od-po-wie-dzial-no-ści.

Przesylabizował wyraz dwukrotnie, jakby przemawiał do idioty albo mówił do siebie. Nie-od-po-wie-dzial-ność.

Mówił o końcu, a nie o początku, o wyjściu z sytuacji, a nie o wejściu w nową, o wyjeździe, a nie o celu.

– Masz rację. Nie zabiegam o nowe miejsce, chcę tylko uwolnić się od starego. Gra w ciuciubabkę ze śmiercią na innym terenie niż dawna klatka. Tymczasem potrzebuję pracy, pieniędzy. Byłoby nieuczciwe i nudne, gdybym przedłużał tę maskaradę ze stypendium. Lu została baby-sitter. Zawsze lubiła dzieci, których sama nie miała.

A więc poszukiwacz przygód zjawił się po przygodę… Profesor Gora uśmiechnął się melancholijnie pod nosem, patrząc na półki pełne przygód.

– Szukasz przygody.

– Nie powiedziałem: przygody. Nie-od-po-wie-dzial-no-ści.

Peter Gaspar uprzedził profesora Gorę, by nie wysyłał mu czasem pieniędzy. Chce jedynie od czasu do czasu poradzić się kogoś albo przynajmniej porozmawiać z kimś znajomym. Tylko tyle.

Znajomym? Tak, poznali się, gdy profesor Augustin Gora był mężem Ludmiły – Lu.

Będą w kontakcie, tylko tyle chciał przekazać nowo przybyły.

YYY

Minęło sporo czasu od tamtej dziwnej rozmowy z Peterem. A może to było jedynie dziwactwo wyobraźni profesora Gory? Peter utrzymywał, że po przyjeździe do Ameryki był zdecydowany nie szukać kontaktu z Gorą, ale zmienił postanowienie, nie bardzo wiedząc, dlaczego. Rozmowa odbyła się dawno temu, po niej Peter zniknął, ale Gora nie przestawał o nim myśleć. Zastanawiał się, jak należałoby zdefiniować rzeczywistość. Otwierał i zamykał oczy, widział półki z książkami, duże lśniące biurko, parę czerwonych rękawiczek na stole, aparat telefoniczny i dużą teczkę na akta z ryzą białych kartek papieru.

Peter Gaspar ożywił wspomnienia, których Gora nie był albo nie chciał być pewien. Miał coraz więcej zaufania do książek i coraz mniej do wspomnień, z którymi nie wiedział, co począć. Wierzył w to, co zostało zapisane. Subtelności rozumu i serca rozmówców i jego własne odeszły w przeszłość.

Kiedy jesteś obcym wśród obcych, przyjaciół z poprzedniego życia możesz przecież odnaleźć w książkach! I książki z poprzedniego życia czekały na niego, niezawodne przyjaciółki witające go w innych językach. Wierni rozmówcy gotowi pomóc mu odzyskać dawne przyzwyczajenia i nadać błędom ludzki wymiar.

Na Petera Gaspara nie miał najmniejszej ochoty, ale na Pietera Peeperkorna tak. Ucieszył się ze spotkania z Mynheerem Peeperkornem i zaraz po rozmowie przeczytał od nowa trzy rozdziały opasłej powieści z lat dwudziestych traktujące o Holendrze.

W Czarodziejskiej górze nostalgiczny Hans Castorp czeka w sanatorium na Kławdię Chauchat. Kobieta ...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin