Andrews Ilona - Kate Daniels 01 Magia kąsa.txt

(547 KB) Pobierz
Ilona Andrews 
Kate Daniels 1 Magia kšsa
PRZEŁOŻYŁA ANNA CZAPLA
fabryka
LUBLIN 2010

Seria z Kate Daniels:
1. Magia kšsa
2. Magia parzy

Siedziałam przy stole w mojej ciemnawej kuchni, opróżniajšc butelkę cytrynowego drinka, kiedy poczułam drgnięcie magicznego pola. Wiedziałam, co się dzieje, ochronny kršg, który otaczał mój dom, podlegał coraz silniejszym wibracjom, by w końcu rozpać się na kawałki jak szkło wprawione w rezonans za pomocš wysokich dwięków. Wtedy zadrżał ostatni raz i wygasł, pozostawiajšc budynek bez żadnej ochrony. Jakby na potwierdzenie moich przypuszczeń, w pustym mieszkaniu nienaturalnie głono zabrzmiał nagle dwięk
wyłšczonego dotšd telewizora, którego ekran zabłysnšł migotliwym wiatłem.
Spojrzałam na butelkę i założyłam się z niš, że za chwilę zostanie podany kolejny pilny komunikat. Butelka przegrała.
- Pilny komunikat - oznajmił dwięczny głos Margaret Chang. - Prokurator Generalny ostrzega wszystkich obywateli, że jakakolwiek próba skontaktowania się oraz każde inne działanie zmierzajšce do pojawienia się istot obdarzonych nadprzyrodzonš mocš, może mieć bardzo niebezpieczne skutki zarówno dla osób, które podejmš takie próby, jak i dla wszystkich obywateli.
- Nie chrzań - rzuciłam znad butelki, ale Marga- ret straszyła dalej:
- Lokalna policja została upoważniona do podjęcia wszelkich niezbędnych kroków w celu zapobiegania i eliminowania powyższych zachowań.
Ble, ble, ble, wysilała się Margaret. Nie miałam zamiaru dłużej jej słuchać i skupiłam się na pochłanianiu przyszykowanej uprzednio kanapki. Kogo oni chcš oszukać?! Żadne policyjne działania nie sš w stanie powstrzymać ludzi przed przyzywaniem nadprzyrodzonych. Jeżeli bowiem tylko wykwalifikowany czarodziej potrafił wyczuć, że kto włanie używa mocy przyzwania, to samego przyzwania mógł spróbować niemal każdy półanalfabeta obdarzony namiastkš mocy oraz bladym pojęciem, jak można jej użyć do sprowadzenia
nadprzyrodzonych. Zresztš, zanim ktokolwiek zdał sobie z tego sprawę, wiat przypominał przez długš chwilę arenę cyrku, na której występuje szalony iluzjonista. Trzygłowy słowiański bóg wywołał ogólne zamieszanie, lšdujšc w centrum Atlanty, z nieba spadały uskrzydlone węże, a SWAT domagał się większej iloci amunicji.
To naprawdę były niebezpieczne czasy. Niestety, w okresie spokoju byłabym kobietš bez pracy. W nowoczesnym, stechnicyzowanym, bezpiecznym wiecie niewiele znalazłoby się roboty dla takich najemników jak ja - najemników-tropicieli magii.
Kiedy ludzie mieli kłopoty rodzaju magicznego, a więc takie, z którymi tradycyjna policja nie mogła sobie poradzić, wykonywano telefon do Gildii Najemników. Jeli zlecenie przypadało na mój teren, Gildia dzwoniła do mnie. Skrzywiłam się w grymasie bólu, nieopatrznie zahaczajšc rękš o biodro. Nadal bolało po ostatniej akcji, choć rana goiła się znacznie szybciej, niż mogłabym przypuszczać. Obiecałam sobie, że to był pierwszy i ostatni raz, kiedy zgodziłam się walczyć z robakiem impala bez pełnego zabezpieczenia ciała. Postanowiłam, że
następnym razem muszš zapewnić mi kombinezon ochronny czwartego stopnia.
Nagle poczułam, że uderza we mnie lodowata fala strachu zmieszanego z odrazš. Mój żołšdek skurczył się, wysyłajšc w stronę przełyku strumień kwasu, który rozlał się u podstawy języka w gorzki posmak. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł mi dreszcz, a wszystkie drobne włoski na karku i szyi zjeżyły się na zmrowiałej skórze.
W domu przebywało co złego.

Odłożyłam kanapkę i ciszyłam telewizor tak bardzo, że z głoników dochodził tylko cichy szum. Na ekranie obok Margaret Chang pojawił się facet o ceglastoczerwonej twarzy i ciemnoszarych oczach, z postawionymi na jeża włosami. Glina, pomylałam. Prawdopodobnie z Wydziału Kontroli Zjawisk Paranormalnych. Wolno opuciłam rękę i położyłam dłoń na rękojeci sztyletu, który nosiłam przy biodrze.
Zaczęłam pilnie nasłuchiwać. Czekałam.
Na razie żaden niepokojšcy dwięk nie zakłócał ciszy. Bezmylnie przyglšdałam się kropli wody, która utworzyła się na liskiej i zimnej ciance butelki i teraz leniwie spływała po jej błyszczšcej powierzchni. Spostrzegłam, że co dużego bezgłonie skrada się po suficie korytarza, zmierzajšc w kierunku kuchni. Udawałam, że niczego nie widzę, a ponieważ to co zatrzymało się nieco na lewo za moimi plecami, nie musiałam w zasadzie wcale udawać, bo po prostu go nie widziałam. Tymczasem intruz chyba trochę się wahał, bo zawrócił, by przyczaić się w rogu pomiędzy sufitem a zbiegiem dwóch cian. Przysiadł tam, przyczepiajšc
się do boazerii ogromnymi żółtymi szponami, nieruchomy i niemy jak gargulec w blasku południowego słońca. Pocišgnęłam łyk z butelki i przytrzymałam jš tak, żeby móc zobaczyć na jej ciance odbicie tego dziwnego stworzenia. Było nagie i bezwłose, nie miało ani grama tłuszczu, więc przez jego bladš, naprężonš skórę widziałam wyranie każdy fragment szkieletu, każde cięgno i wszystkie napięte mocno mięnie.
Oho, mruknęłam w duchu, to chyba jaki bliski krewny Spidermana.
W tej samej chwili stworzenie podniosło łapę. Ostry szpon przecišł powietrze jak zakrzywiona igła do robótek ręcznych. Stwór obrócił psiš głowę i zaczšł przypatrywać mi się z wyrazem tego szczególnego rodzaju szaleństwa w fosforyzujšcych oczach, które mówiło, że jest bestiš spragnionš krwi, zrodzonš, by zabijać bez żadnego zastanowienia i ograniczeń.
Nie mogłam dłużej czekać. Błyskawicznie obróciłam się w kierunku stwora i rzuciłam sztyletem. Ostrze z łatwociš wbiło się w jego gardło. Mój jeden ruch sprawił, że wampir zesztywniał, a żółte szpony przestały się poruszać. Gęsta i ciemna, niemal purpurowa krew pojawiła się najpierw wokół ostrza sztyletu, by po chwili wielkimi kroplami spłynšć po nieowłosionej szyi na blade piersi, a stamtšd na podłogę.
Twarz wampira wykrzywiła się w grymasie, z trudem przybierajšc inne rysy. Stwór otworzył usta, obnażajšc dwa zakrzywione sierpowato kły o barwie koci słoniowej.
- To było bardzo nierozsšdne, Kate. - Z gardła stworzenia wydobył się głos Ghasteka. - Teraz będę zmuszony go nakarmić - powiedział, po czym przemówił do wampira: - To tylko odbicie. Słuchaj dzwonu, zdobšd jedzenie. Poszukaj nieumarłego, rzuć nóż. Wszystko to jest tak samo realne.
Przez twarz stwora przebiegł skurcz, jakby kontrolujšcy go Pan Umarłych usiłował zmrużyć oczy.
- Co pijesz? - spytał po chwili jakby od niechcenia.
- Cytrynowego drinka.
- Och, dlaczego tak skromnie?! - zadrwił. - Na pewno stać cię na co lepszego.
- Nie potrzebuję niczego lepszego - ucięłam krótko. - Lubię tego drinka. A tak w ogóle, to wolę załatwiać interesy przez telefon, z tym że na pewno nie z tobš.
- Ależ ja wcale nie chcę cię wynajmować, Kate - zaoponował Ghastek, ale w jego głosie nadal słychać było drwišcy ton. - Przyjmijmy, że nasza rozmowa ma charakter, hm... wyłšcznie towarzyski.
Spojrzałam na ciało wampira, życzšc sobie w duchu, by sztylet, którym przebiłam mu szyję, mógł dosięgnšć gardła Ghasteka. Och, z jakš satysfakcjš zatopiłabym w nim ostrze. Niestety, ja byłam tutaj, a Ghastek znajdował się wiele kilometrów stšd, w miejscu chronionym magiš.
- Bawi cię wkurzanie mnie, co, Ghastek? - bardziej stwierdziłam, niż zapytałam.
- Niezmiernie - przyznał rozbawiony.
Nadal nie wiedziałam, dlaczego ze mnš rozmawia.
- Posłuchaj - powiedziałam ze zniecierpliwieniem - jeżeli czego ode mnie chcesz, radzę ci się popieszyć, bo mój drink zaczyna robić się ciepły, a okropnie tego nie lubię.
Nie sšdziłam, żeby się przestraszył, i miałam rację - typowym dla niego, beznamiętnym tonem rzucił:
- No cóż... Nic od ciebie nie chcę, po prostu zastanawiałem się, kiedy ostatnio widziała swojego opiekuna.
Nonszalancja, z jakš wypowiedział ostatnie zdanie, sprawiła, że po moim ciele przebiegł dreszcz, a usta złożyły się w jedyne możliwe pytanie:
- Dlaczego?
- Och, bez powodu - zabrzmiała odpowied, ale byłam pewna, że jego wargi wykrzywiał w tej chwili kpišcy umiech. - Po prostu... dla rozrywki.
W tym momencie wampir jednym skokiem odepchnšł się od ciany i przeleciał przez otwarte okno, oczywicie zabierajšc ze sobš tkwišcy w szyi sztylet. Przeklinajšc pod nosem, sięgnęłam po telefon i wybrałam numer Zakonu Rycerzy Miłosiernej Pomocy. Wiedziałam, że żaden stwór nie mógł naruszyć moich osłon, gdy wibracje magii osišgały pełnš moc. Z drugiej strony jednak, Ghastek nie miał możliwoci, by dowiedzieć się, kiedy nastšpi odpływ magii, a zatem musiał obserwować dom już od jakiego czasu, cierpliwie czekajšc na
odpowiedniš chwilę. Pocišgnęłam łyk z butelki. To wszystko razem oznaczało, że kiedy wracałam do domu zeszłej nocy, wampir, który włanie odleciał z moim nożem, ukrywał się gdzie w pobliżu, a ja nie zauważyłam ani nie wyczułam jego obecnoci. No super, zbeształam się w mylach, równie dobrze na moim identyfikatorze najemnika mogłam napisać: Czujnoć to ja!". Ha, ha!
W słuchawce, którš trzymałam przy uchu, rozlegał się sygnał wolnej linii, ale nikt nie odbierał. Dlaczego spytał mnie o Grega?
W końcu rozległo się prztyknięcie i ostry kobiecy głos wypowiedział wyuczonš formułkę:
- Oddział Zakonu w Atlancie, w czym mogę pomóc?
- Chciałabym rozmawiać z Gregiem Feldmanem.
- Pani nazwisko? - spytała rutynowo kobieta, lecz w jej tonie wyczułam delikatnš nutę niepokoju.
- Nie muszę podawać swojego nazwiska - rzuciłam nieco niegrzecznie do słuchawki. - Po prostu chcę rozmawiać z rycerzem-wróżbitš.
Po dłuższej pauzie w słuchawce znowu rozległ się głos, tym razem męski:
- Nalegam, żeby się pani przedstawiła.
Pomylałam, że usiłujš przecišgnšć rozmowę.
O co, do cholery, chodzi?
- Nie. - Byłam nieustępliwa i zacytowałam: - Strona siódma Statutu Zakonu, paragraf trzeci od dołu: Każdy obywatel ma prawo zwrócić się o pomoc i radę do rycerza-wróżbity bez obawy o jakiekolwiek konsekwencje oraz bez potrzeby przedstawiania się". Jako obywatel nalegam zatem, bycie umożliwi...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin